JAK DWIE BABY SZCZYTOWAŁY W GÓRACH (NASZ PIERWSZY RAZ)

Szczytowanie nie jest prostą sprawą. Człowiek się zasapie, namęczy, a przyjemność chwilowa. Potem trzeba już tylko zejść na ziemię. Mówią, że pierwszy raz zawsze boli. Czy nasz pierwszy raz bolał? Jak cholera! Zwłaszcza, że sprzęt nieodpowiedni i brak jakiegokolwiek zabezpieczenia. Za to widoki piękne z każdej strony. A gdy emocje opadną i zrobi się ciemno, zostaje już tylko papieros na mocny sen i z tuzin plastrów na otarcia.

 

Angielskie śniadanie i rondo w Radomiu

Kierowca Polskiego Busa jakiś taki zabawny, żarcikami sypie na prawo i lewo jak piaskiem i solą po lodzie. Będzie wesoło podczas tych siedmiu godzin jazdy, myślę sobie. Byleby się tylko nie wyłożył na swoim śliskim poczuciu humoru. Trasa z Warszawy do Zakopanego wiedzie przez Radom i Kielce. Czy to prawda, że w Radomiu jest tylko jedno rondo? Odnotowuję w głowie, by koniecznie sprawdzić ten fakt. A Kielce? Niestety nic nie mogę powiedzieć o tej miejscowości, oprócz tego, że pewnie posiada więcej niż jedno rondo. Odnotowuję w głowie, żeby sprawdzić co ciekawego, oprócz ronda, jest do zobaczenia w Kielcach.

Po kilku godzinach docieramy na miejsce. Wysiadamy w Zakopanem, gdzie rzucają się na nas tak zwani poganiacze bydła. Tani nocleg? A może taksóweczkę? Mamy tak napięty grafik podczas tych dwóch dni w Zakopanem, że nie wiemy co robić ze swoim życiem. Robimy więc to, co należy zawsze robić w takich sytuacjach. Czyli nic. Mówiąc nic, mam na myśli obiad w pobliskim barze. Kwaśnica dobra, tylko szkoda, że została wydobyta z dna 10 litrowego gara, gdzie pływało milion jeden cholernych, małych, brązowych kulek, znanych jako ziele angielskie. Zupa Marty składa się przez to z wody, kapusty, kilku ziemniaków i 3585748 przeklętych kulek. Ja jestem w znacznie lepszej sytuacji. Mam dwie kulki mniej. Nafaszerowane nimi jak pistolety amunicją, ruszamy na Giewont. Kobiety Pistolety, jak śpiewała Maria Peszek, ruszyły na swoje pierwsze szczytowanie.

 

BABSKIE SZCZYTOWANIE VOL. 1

 

Złota rada 22 MAGAZINE: Idź do Baru Fis będąc w Zakopanem, może unikniesz angielskiego śniadania z kulkami. Za Polskiego Busa zapłacisz 100 zł za os. w dwie strony (Warszawa – Zakopane) i będziesz przejeżdżać przez jedno (chyba) rondo w Radomiu. Nie martw się noclegiem w Zakopanem, zawsze znajdzie się jakiś poganiacz, który zaoferuje Ci lokum.

 

Stary (i niedoceniony) statysta nr 5 mocno śpi

Normalni ludzie wchodzą na Giewont we wczesnych godzinach porannych. No właśnie, normalni ludzie. Czyli nie my. My ruszamy na Giewont około godziny 16.23 z bardzo prostego powodu. Otóż ja nie mam zamiaru stać w kilometrowej kolejce, by zdobyć tę górę. Kolejki na Giewont są tak długie, że krążą o nich legendy i niezliczona ilość memów. Nikomu nigdy nie udało się zdobyć nawet tylu punktów grając w wężyka na Nokii 3310, ilu ludzi stoi w tej kolejce każdego dnia. By wejść na szczyt Giewontu, ludzie losują numerki i trzymają transparenty z nazwami miast.

Dojeżdżamy do Kuźnic. Trasa wiedzie około 10 minut z centrum miasta. Kierowca dziwnie na nas patrzy, ale lata praktyki reakcji na dziwne ludzkie spojrzenia nauczyły mnie to kompletnie ignorować. Pewnie on też zastanawia się, kto normalny zaczyna wyprawę na Giewont tak późno. Cóż. My. Zaczynamy naszą wędrówkę. Szczerze? Trochę Cię okłamałam. Pierwszy raz zdobywałam Giewont jakieś 20 lat wcześniej z rodzicami, chociaż zastanawiam się teraz, czy ta wyprawa kiedykolwiek miała miejsce. A to dlatego, że zupełnie nie pamiętam tylu cholernych, wszechobecnych kamieni różnych rozmiarów, po których ciężko się chodzi. Dodatkowo, moja kondycja pozostawia wiele do życzenia. Właściwie to jaka kondycja? Brak jakiejkolwiek. Zasapałam się po 50 metrach, kiedy widać jeszcze punkt startowy. Pierwsza choinka moja. Jak i każda następna. Myślę sobie, jasna cholera, jak ledwo daję radę na początku, to co będzie dalej?

Planując tę wyprawę myślałam sobie, jak bardzo trudne może być zdobywanie gór? Nie może być AŻ tak trudne, skoro chodzą po nich małe dzieci i kobiety w szpilkach. Dam radę zdobyć Giewont. Przecież nie wchodzę na Rysy, czy Mount Everest, to tylko cholerny Giewont. Problem z Giewontem jest jednak taki, że to bardzo niedoceniona góra. To dokładnie tak, jak ci wszyscy statyści z Gry o Tron. Grają w najbardziej popularnym show naszych czasów rycerza nr 5, który nic nie wnosi do całej opowieści. Oprócz hektolitrów rozlanej sztucznej krwi rzecz jasna. Giewont to tak popularna góra, że prawdziwi wspinacze i górołazi mają ją kompletnie w dupie, bo główną rolę grają przecież Rysy, czy Gerlach. Jednak bez statysty nr 5 cała opowieść nie miałaby sensu, a smoki Khaleesi nie miałyby co do gara włożyć. Oprócz małych, cholernych, brązowych kulek oczywiście.

Złota rada 22 MAGAZINE: Nie idź na Giewont rano jak głosi mnóstwo przewodników. Wszyscy tak robią. Bądź mądrzejszy i zrób inaczej. Pamiętaj tylko, że po zmroku jest ciemno. Krzyż na drogę. A skoro o krzyżu mowa…

 

… Gdzie jest krzyż?

Nie widać drania. Jedyne co widać, to te przeklęte kamienie. Są też piękne widoki ale ciężko jest sapać, stawiać kroki i podziwiać piękne widoki jednocześnie, yo! Tylko nieliczni opanowali tę sztukę. Nieliczni i bardziej doświadczeni. Dalej idziemy dalej, a właściwie wyżej. I wiecie co? Wyżej też są kamienie. I to większe. Ktoś kto te kamienie tutaj kładł miał spore poczucie humoru. To pewnie ta sama osoba, która kiedyś powiedziała, że Giewont to łatwa góra. Pewnie zdobywała ją tyłem i z zamkniętymi oczami. Dla mnie, totalnego laika górskiego, ta góra wcale nie jest łatwa. Jest tak samo popieprzona, jak wszystkie pozostałe. Myślę sobie, że szczerze jej nienawidzę. I kocham jednocześnie. Czy to ma jakiś sens? Skąd wzięła się u mnie ta pasja do chodzenia po górach? Moja, jak i wielu innych ludzi. Łazisz po górach po to żeby wejść na szczyt i co z tego masz? Pochwalisz się znajomym na kolacji wigilijnej i tyle. Dwie minuty chwały w blasku świec i zapachu jemioły oraz galaretki z kurczakiem na całe kilkanaście godzin męki. Himalaiści nie robią tego co robią dla chwały. To nie miałoby żadnego sensu. Tylko po co to robią? Po co ja to robię? Nie mam pojęcia. Mój mózg skupia się teraz na podstawowych funkcjach jak chodzenie i oddychanie. 20 lat temu też musiałam iść tymi samymi cholernymi kamieniami z mamą i tatą. Zrobiło mi się strasznie smutno.

 

Złota rada 22 MAGAZINE: Kup sobie dobre buty i doceń każdą górę. Każdy szczyt. Żadna góra nie zasługuje na Twoją ignorancję.

 

Jeszcze więcej kamieni

Dalej jest tylko więcej kamieni. I trochę choinek. I znowu kamienie. I jakieś sosny, czy inne drzewa, których nazw nigdy nie mogę zapamiętać. Drzewo to drzewo, jest ładne i zielone. Moja ignorancja odnośnie drzew jest na tym samym wysokim poziomie, co pewność tego, że wejdę na Giewont. Ale wiesz co? Mozolne zdobywanie góry też ma swoje zalety. Stajesz co 5 minut żeby złapać oddech pod pretekstem oglądania widoków i faktycznie oglądasz widoki. Stoisz, sapiesz i podziwiasz. Ludzie, którzy mijają nas na szlaku, zapierdzielają z prędkością światła, patrząc tylko pod nogi. Czy tak się powinno zdobywać góry? Kto szybciej? Przecież nie o to w tym chodzi. Czy też tak masz, że nie lubisz, gdy ktoś idzie za Tobą na szlaku? Ja tak mam. Człowiek idzie swoim tempem, słyszy pospieszne kroki i teraz nie wie, czy pokazać faka i przyspieszyć, czy zjechać na pobocze, czy o co kaman. Ja zwalniam. Nie chcę czuć presji. Chcę sapać i podziwiać w spokoju.

Na Giewont prowadzą 3 szlaki: szlak żółty przez Dolinę Małej Łąki, szlak czerwony przez Dolinę Strążyską oraz szlag mnie jasny trafi, potocznie zwany niebieskim z Kuźnic.

Złota rada 22 MAGAZINE: Wybierz inny szlak jeśli nie chcesz się zasapać jak ja. A tak poważnie, tutaj nie ma złotej rady. Każdy szlak jest dobry, wystarczy tylko dobra kondycja i odpowiednie przygotowanie.

 

Gdzie jest ten cholerny krzyż?!

Podoba mi się zwyczaj mówienia sobie Cześć na szlaku. Pierwszy raz dowiedziałam się o nim pamiętne 20 lat wcześniej idąc na szczyt Giewontu jako dziecko z rodzicami. Przywitał się ze mną mężczyzna w czerwonej koszulce. Zastanawiałam się wtedy, skąd zna mnie 40 letni facet i dlaczego jesteśmy na ty. Mało tego, znał również moich rodziców. Potem zrozumiałam, że to taki zwyczaj piechurów. Bardzo mi się spodobał ten zwyczaj i od tamtej pory chętnie go praktykuję. Mężczyzno w czerwonej koszulce, dzięki, jesteś na propsie. Mówiąc od tamtej pory, mam na myśli tę porę, w tym momencie na szlaku, bo w górach byłam tylko dwa razy w życiu. Urodziłam się nad morzem i na 20 pare lat w zupełności mi wystarczyły tereny nizinne. Teraz jednak byłam n.p.m. gdyż w góry ciągnęło mnie od jakiegoś czasu. Chociaż idąc po kamieniach, ze stosunkowo ciężkim plecakiem i w stosunkowo niewygodnych butach, myślałam sobie, że ta cała wyprawa to był stosunkowo głupi pomysł.

Złota rada 22 MAGAZINE: Mów Cześć na szlaku, nie zapominaj o tej tradycji. I nie przeklinaj tak często jak ja wypatrując krzyża.

 

Śpiący rycerz robi sobie jaja

Jest! Po kilku godzinach mozolnego wchodzenia wyżej i wyżej, w końcu się pojawił upragniony krzyż. Znak głosi, że z Kuźnic na Giewont idzie się 3h 15’. Nam zajęło to trochę dłużej. Pamiętaj, że ktoś kto stawiał te tabliczki, kładł też pewnie cholerne kamienie, a Giewont zdobywał od tyłu popijając Martini przez różową słomkę. Szacun dla tego człowieka. Jesteśmy zupełnie same, zero kolejki do góry, zero tłumów, zero czekania na swój numerek. Zaraz przed ostatnim podejściem szczytowym, gdzie zaczynają się łańcuchy, jest polana. Na tej polanie też siedziałam z rodzicami. Chyba nawet w tym samym miejscu. Ruszamy dalej. Już niedługo. Zaraz będę na Giewoncie, myślę sobie. Nie jest wcale tak trudno. Za chwilę jednak zmieniam zdanie. Jest cholernie trudno. Łańcuchy dzwonią złowieszczo, wiatr wieje, a my dwie jak nieproszeni goście wspinamy się na szczyt. Idę pierwsza. Za mną słyszę kurwującą Martę. Kogoś tu pojebało, słyszę z oddali. Jak ja mam tu wejść? Czy ta sama osoba, która kładła kamienie, stawiała znaki i zdobywała Giewont chodząc na szczudłach i pijąc Martini przez różową słomkę, mocowała również te łańcuchy? Nie mam pojęcia jak udało mi się wejść na tę górę mając kilka lat. Mam wrażenie, że stopnie wydrążone w skale wydrążył jakiś gigant z rozstawem nóg na 3 metry.

 

I znowu, jak ja mam tam wejść? Mało tego, jak ja mam tam wejść i nie spaść? Ale udało się! O godzinie 19 z minutami stanęłam na szczycie. Zupełnie sama. Wokół nikogo. Oprócz kurwującej Marty rzecz jasna, która teraz też się uspokoiła. Dopiero stając na szczycie góry człowiek zdaje sobie sprawę po co to robi. Po co się męczy, żeby tu wejść. Nie chodzi tylko o ładne widoki. Chodzi o patrzenie na to, co się zrobiło, czego się dokonało. Co się zostawiło za sobą mimo trudu i wysiłku pójścia do przodu. Po 20 latach zdobyłam Giewont jeszcze raz. Cudowne uczucie. Chociaż narzekałam na Giewont wtedy, narzekam teraz i pewnie już zawsze będę na niego narzekać. Ale każdy ma swój szczyt do zdobycia. Dla mnie Giewont to symboliczna góra. Szczytowanie w górach w ogóle jest bardzo symboliczne, nie uważasz? Pierwszy raz na tym samym szczycie stałam z moim ojcem, którego już nie ma.

A teraz muszę się do czegoś przyznać. Nigdy nie sprawdziłam, czy w Radomiu jest tylko jedno rondo.

I wiecie co Wam jeszcze powiem? Lubię od tyłu. Szczytować w górach rzecz jasna.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *