Praga – Brak snu, brak pieniędzy, brak rozumu

Każdego roku, dokładnie 18 stycznia zastanawia mnie jedno: dlaczego postanowiłam być wcześniakiem i nie usiedziałam w jednym miejscu według planowanych 9 miesięcy? Dlaczego musiałam być buntownikiem z wyboru zanim jeszcze przyszłam na ten świat i zamiast w marcu, urodziłam się dwa miesiące wcześniej?! Cholernie pokrzyżowało mi to podróżnicze plany. Dodatkowo strasznie namieszało mi w charakterze, z czym z pewnością zgodziłby się nawet wróżbita Maciej.

 

Od kilku lat organizuję sobie tzw. urodzinowe wypady i dokładnie w dzień moich urodzin nie ma mnie w domu. Jeżeli nigdy nie zostaliście zaproszeni na moje urodzinowe przyjęcie, to już wiecie dlaczego. Po prostu na moim urodzinowym przyjęciu brakuje solenizanta. Brakuje nawet alkoholu, gdyż za te pieniądze solenizant woli kupić sobie bilet, wsiąść do pociągu lub autobusu byle jakiego i ściskać w ręku kamyk zielony oraz aparat. Jedynym minusem urodzinowych wojaży jest pogoda, gdyż zazwyczaj w styczniu jest cholernie zimno, przez co czuję się jak Elza z Krainy Lodu – od lat coś w objęcia chłodu mnie pcha.

Urodzinowe wypady są zazwyczaj krótkie i intensywne, najlepiej jeszcze za niewielkie pieniądze. Tak bardzo niewielkie, że w podróży potrafię oszczędzać na wszystkim: na jedzeniu (jem mało, jem niedrogo) komunikacji miejskiej (nie używam, olewam) a nawet… na spaniu (nie rezerwuję noclegu na wszystkie dni, nie śpię). O ile bez obżerania się i bezsensownego jeżdżenia tramwajem można obejść się bez większych problemów, tak z brakiem miejsca do spania zwłaszcza w zimę, nie do końca, o czym boleśnie przekonałam się w Irlandii.

Pewnej pięknej zimy pojechałam z przyjaciółką do Irlandii na 4 dni. Nocleg zarezerwowałyśmy oczywiście tylko na 3 pierwsze noce, bo przecież po co tracić pieniądze? I wtedy zima przestała być piękna.

W drodze na lotnisko miałyśmy świetne humory, ja nawet uśmiechałam się do przypadkowych ludzi, czego zazwyczaj nie robię. Było tak cudnie i cukierkowo, że aż podziwiałyśmy śnieg zalegający na ulicach: Zobacz jaki piękny śnieg, taki książkowy i ma idealne płatki, dokładnie takie, jakie kiedyś wycinało się z papieru na zajęciach w przedszkolu – modelowe wręcz. Dobry humor dopisywał nam przez 4 pierwsze dni i 3 noce. Ostatniego wieczoru przydałaby się żółta policyjna taśma, schron przed tornado i pozwolenie na posiadanie broni we wszystkich krajach Europy.

Lot powrotny do Polski zarezerwowany był na jakąś chorą godzinę poranną, która według mojego zegara biologicznego najprawdopodobniej jest jeszcze nocą. A na lotnisku z do tej pory dla mnie niewyjaśnionych przyczyn i tak trzeba być dwie godziny szybciej i wydać resztkę pieniędzy na pamiątki i alkohol we wszystkich możliwych sklepach. Ostatniej nocy postanowiłyśmy więc pójść do jakiegoś klubu i przebalować te kilka godzin, a potem pojechać prosto na lotnisko. Problem polegał na tym, że zdecydowana większość klubów w Irlandii zamykana jest o godzinie 22. Znalezienie otwartego klubu graniczy z cudem. Zdecydowanie szybciej można spotkać ludzi próbujących zmienić wodę w denaturat, niż znaleźć gdzieś otwarty klub!

Byłyśmy padnięte. Byłyśmy zmarznięte. Byłyśmy niewyspane. Byłyśmy wkurwione. Na lotnisku wyglądałyśmy jak statyści z filmu Żywe Trupy (ang. The Walking Dead). Za taki stan rzeczy obwiniałam rzecz jasna nie siebie, tylko wszystkie istniejące linie lotnicze, stewardessy, a nawet ludzi, którzy budowali to lotnisko, oraz architektów, którzy sączyli latte z chamsko odstającym palcem i zastanawiali się nad rozmieszczeniem kabin w WC. A wystarczyło tylko nie być takim sknerą i ZAREZERWOWAĆ NOCLEG.

Po powrocie do Polski wkurzało nas absolutnie wszystko, a ja zabijałam wzrokiem ludzi, którzy śmieli iść tym samym chodnikiem i oddychać tym samym powietrzem. Nawet śnieg nie był już taki piękny: Znowu tego białego gówna napadało! Ja nie wiem, po jaką cholerę to cholerstwo tu leży i nikt tego nie odśnieża!

Obiecałam sobie, że to ostatni raz.

Ta całkiem głupia i zabawna wręcz przygoda w Irlandii nie wydarzyłaby się, gdybym miała więcej rozumu i wyciągnęła jakieś wnioski z wcześniejszej podróży do Szwecji i Danii.

Pewnego pięknego lata, wraz z moimi znajomymi pojechaliśmy do Szwecji i Danii nie rezerwując noclegu na pierwszą noc na obcej ziemi. I wtedy lato przestało być piękne.

Z Polski najpierw samolotem do Szwecji – Malmö, potem pociągiem do Danii – Kopenhagi. Przed lotem nie spałam całą noc, co stało się już wręcz moim przed-podróżniczym rytuałem, a potem włóczyliśmy się cały dzień i całą noc po szwedzkim mieście wmawiając sobie, że świetnie się bawimy i wcale nie jest nam zimno, mokro i w ogóle nie chce nam się spać. Według moich obliczeń nie zmrużyłam oka od dwóch nocy. Nad ranem miałam ochotę strzelać do ludzi, wrzucić do rowu ich ukochane zwierzątka i schować ich ubrania kiedy byli pod prysznicem, tak żeby przez cały dzień biegali nago.

W dodatku, gdy dotarliśmy do naszego wspaniałego i taniego hostelu o zachęcającej nazwie Sleep in Heaven, okazało się, że musimy zapłacić za pościel, o czym nas wcześniej nie poinformowano. Uprzejmej recepcjonistki nie przekonały nasze błagania, jęki, ani nawet noże powoli otwierające się w kieszeni. Niestety nie było opcji pościel-free w tym hostelu i musieliśmy wyskoczyć z pieniędzy. O sąsiedztwie szpitala psychiatrycznego oddzielonego płotem z drutem kolczastym nawet nie będę wspominać. O taki stan rzeczy obwiniałam oczywiście nie siebie, tylko recepcjonistkę, ludzi, którzy prowadzą stronę internetową tego hostelu oraz wszystkich chorych leczących się w szpitalu obok.

Byłam zła, głodna i niewyspana. W dodatku przez cholerną pościel pozbyłam się większości pieniędzy przeznaczonych na wyjazd. A wystarczyło tylko ZAREZERWOWAĆ NOCLEG… no i wziąć więcej pieniędzy rzecz jasna.

Obiecałam sobie, że to ostatni raz.

Ale czy te dwie sytuacje nauczyły mnie czegoś? Oczywiście, że nie. Musiałam jeszcze raz zrobić ten sam błąd i odmrozić sobie tyłek w Czechach.

W tym roku z okazji swoich Nie-Powiem-Których urodzin wybrałam się do czeskiej Pragi. Na jeden dzień. Dzięki cudownym promocjom jakie czasem mam przyjemność znaleźć na stronie PolskiBus.com kupiłam bilet w dwie strony za niecałe 30 zł! Dziękuję za brawa, dziękuję!

Wyruszyłyśmy z przyjaciółką (tą samą, która była ze mną w Irlandii i tak samo jak ja, również niczego się wtedy nie nauczyła) o 19 wieczorem, na miejscu byłyśmy o 5 rano. I tu zaczęły się schody. Było cholernie zimno. -12 stopni w cieniu. Oczywiście jadąc na jeden dzień nie rezerwowałyśmy noclegu, bo przecież po co tracić kasę? Powrotny bus odjeżdżał o 8 rano.

Z dziennika podróży: Jak to na dwie wariatki przystało, bilety kupiłyśmy tydzień temu, a sama podróż odbędzie się na totalnym hardkorze… bo jakżeby inaczej. Obudziłam się wczoraj o 6 rano i można powiedzieć, że od tej pory nie spałam (nie licząc obijania głową o szybę w autobusie), co daje jakieś 24h braku snu. Mało tego, spać nie pójdę do jutra do godziny 8 rano. Co daje kolejne 24 h. I kto mi powie, że nie jestem pojebana?

Pierwsze wrażenia z Pragi? Strasznie małe miasto. Znając moje możliwości przejdę je dwa razy… wolnym krokiem. Idąc z dworca autobusowego do pierwszego otwartego KFC zwiedziłyśmy już 2 miejsca na naszej krótkiej liście miejsc do zwiedzenia w Pradze, a nie wzeszło nawet słońce! Było tak zimno, że przez cały czas słyszałam tylko dźwięk własnej szczękającej z zimna szczęki, a gałki oczne zaczynały mi się ścinać, gdy za często nie mrugałam. A wystarczyło tylko posłużyć się rozumem, przeznaczyć więcej pieniędzy na podróż… i ZAREZERWOWAĆ TEN CHOLERNY NOCLEG!

Byłyśmy wkurzone, śpiące i trzęsłyśmy się jak dwie galarety. Za taki stan rzeczy obwiniałam już tylko siebie. I wiecie co?

Obiecałam sobie, że to już naprawdę ostatni raz!

Jakie wnioski? Trzeba rezerwować nocleg? Nie, na kolejną wyprawę urodzinową trzeba lecieć w ciepłe kraje i spać na plaży pod gołym niebem!

Czy to lato, czy to zima, w nocy się nie zwiedza, w nocy się kima!

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz