Zakopiańska masakra krzyżem giewontowym

Eh, Giewont. Któż nie słyszał o tej charakterystycznej górze? Wokół niej krążą legendy niezwykle barwne i zadziwiające niczym obietnice wyborcze. Bardzo to wszystko zabawne i niby trochę logiczne, ale kupy się nie trzyma, no chyba że kupy kamieni. Słyszymy o śpiącym rycerzu, czy tajemniczych komnatach, a później okazuje się, że Giewont to tylko sterta kamieni właśnie i koniec końców wszyscy są rozczarowani. Kupa kamieni, ale za to jaka kupa! Takiego twardego i trudnego do zdobycia muru nawet Trump nie postawi.

 

Giewont to jedna z najpopularniejszych i najbardziej obleganych przez turystów gór. Przewodniki tatrzańskie opisujące drogę na szczyt nie mieszczą się już na sklepowych półkach, a kolejki pod krzyż są długie i kręte jak te z czasów PRL-u. Problem polega na tym, że każdy z tych przewodników jest skonstruowany dokładnie tak samo – zawiera te same suche fakty i te same twarde dane, przeplatane luźnymi sugestiami autora. A takie suche informacje są jak płatki śniadaniowe z mlekiem. Tylko bez mleka. Prawda jest taka, że żaden przewodnik nie przygotuje Was w 100% do podróży, więc równie dobrze możecie nie czytać żadnego. Po prostu spakujcie plecak i ruszcie w drogę, a sami się przekonacie, z jaką górą macie do czynienia. Ja tak właśnie zrobiłam. I jeszcze żyję. No dalej, możecie zbesztać mnie od razu w komentarzach, przecież jestem laikiem górskim. Ponadto jestem doskonałym przedstawicielem hasła: nie znam się, to się wypowiem. Ale skoro zabrnęliście do końca tego trochę przydługiego akapitu, to może warto czytać dalej? Zaręczam, że dalej będzie tylko gorzej, opowiem Wam np. jak wyglądała moja tegoroczna zakopiańska masakra krzyżem giewontowym. Dla zachęty: zdjęcie!

Kamienie, kamienie i kamienie dla odmiany

Jak dostać się na Giewont? Na to pytanie nawet najstarsi górale nie znają odpowiedzi. A przynajmniej nie wiedział tego taksówkarz – rodowity zakopiańczyk – który wiózł mnie i moją koleżankę na polanę w Kuźnicach, skąd miałyśmy wyruszyć w drogę. Po górach nie chodzi, bo ma lęk wysokości i boi się otwartych przestrzeni.To było dość zaskakujące wyznanie i zabawna konwersacja. Tłumaczyć góralowi jak to jest być na szczycie góry – ironia. To tak jakby ktoś mieszkał w Sopocie kilkadziesiąt lat, a na plaży był raptem 10 razy, bo nie lubi piasku… Czyli dokładnie ktoś taki jak moja matka.

Ten, kto powiedział, że trasa na Giewont jest łatwa, musiał Rysy zdobywać z zamkniętymi oczami, po ciemku i chyba szedł do tyłu. A na Everest wjechał zapewne na rolkach. Już początkowy odcinek drogi, który składa się głównie ze średniej wielkości kamieni, wykończył mnie po 15 minutach. Stopy stawia się nierówno, góry nie widać, krzyża tym bardziej, a głowę zaprząta tylko jedna myśl: po jakiego grzyba te kamienie tu leżą? Z pewnością wprawieni wspinacze górscy znają odpowiedź na to pytanie, podobnie jak ludzie, którzy te cholerne kamienie kładli, ale dla mnie – największego laika górskiego na świecie – to twarde cholerstwo jest zupełnie zbędne i niezwykle irytujące. Moja pewność siebie, że uda mi się z łatwością wejść na szczyt Giewontu, drastycznie spadała z każdym krokiem. A po drodze witałam się ze wszystkimi drzewami z trudem łapiąc oddech. „Boże” – myślałam. „Jeśli to jest początek, to co będzie dalej?.”

Na Giewont prowadzą 3 szlaki – szlak żółty z domieszką czerwonego, szlak żółty wraz z niebieskim i szlag mnie jasny trafi, potocznie zwany zazwyczaj tylko niebieskim. Wybierając ten ostatni nie wiedziałam jeszcze, że jest all inclusive wraz z zadyszką i zawałem serca. Po drodze jakaś przemiła parka laików górskich jeszcze większych ode mnie, próbowała się dowiedzieć, czy na Giewont, podobnie jak na Kasprowy, da się wjechać kolejką. Odpowiedziałam, że na pewno! A jak się pospieszą, to niedługo na tym odcinku przejedzie Pendolino.

Dalej na trasie są kamienie. Las, trochę krzaków. I kamienie. I wiecie co? Dalej ktoś położył jeszcze trochę kamieni, żeby trasa była bardziej zróżnicowana.Tabliczka głosi, że droga na szczyt Giewontu potrwa 3h więc ja oczywiście już widziałam tutaj problem. Mianowicie nikt nie był łaskaw zaznaczyć na owej tabliczce w jakim tempie poruszał się ktoś, kto ustalił te zasady. Czy miał zadyszkę? Czy palił papierosy? Był młody? Stary? Gruby? Był kobietą? Jak szeroko stawiał kroki, jaki miał rozmiar stopy i czy robił sobie przerwy co 5 minut? Nic. Zero konkretnych informacji. Jeśli na szczyt uda Ci się wejść szybciej niż głosi tabliczka, możesz uznać to za swego rodzaju osiągnięcie, ale inna osoba, która idzie o wiele wolniej, ma dwa plecaki, paczkę fajek i cztery saszetki herbaty, a dodatkowo uwiera ją lewy but, może czuć ogromną presję. A to już jest mobbing, rasizm, seksizm i feminizm razem wzięty.

Kolejną sprawą jest zwyczaj mówienia sobie “cześć” przez piechurów na trasie. Poznałam ten zwyczaj kiedy mężczyzna w czerwonej koszulce przywitał się ze mną na szlaku. Było to jakieś 20 lat temu. Drogi mężczyzno w czerwonej koszulce, jeśli to czytasz, pozdrawiam Cię bardzo serdecznie. Mocno trzymałam się więc tej tradycji, mimo że ze smutkiem stwierdzam, że nie wszyscy o niej pamiętają, czy wiedzą. A może po prostu mają to w dupie. Niektórzy patrzyli na mnie jak na kretynkę, kiedy z bananem na twarzy krzyczałam do nich z oddali.

Gdzie jest krzyż?

Dalej szlak wiódł przez las. Nawet kamienie odpuściły i postanowiły pojawiać się sporadycznie. Teraz roiło się od korzeni drzew. Pamiętałam jednak ten odcinek trasy bardzo dobrze. Idąc, cały czas myślałam o tym, że już raz tędy przechodziłam jako dziecko. Powoli. Krok za krokiem. Wtedy byłam tutaj z rodzicami. Nie byliśmy świadomi, że to nasze pierwsze i ostatnie wspólne wakacje. Teraz wszystko wydawało się takie małe. Oprócz tych cholernych kamieni. One nigdy się nie zmieniają i zawsze męczą tak samo. Kiedy w końcu wydostałyśmy się z lasu, znowu się pojawiły, ale były o wiele większe niż te z początku szlaku. Najpierw towarzyszyła mi myśl: gdzie do kaszki nędzy jest ten krzyż? Teraz myślałam: to ma być kurna blaszka łatwa trasa?

Przyszła pora na poważne pytanie. Czy czujecie presję, kiedy ktoś mija Was na trasie, bo Wy próbujecie znaleźć gdzieś wcześniej wyplute płuca, a ktoś bezkarnie i bez najmniejszego wysiłku skacze po skałach niczym gazela? Ja czuję. I cholernie tego nie lubię. Wy czujecie się jak Ferrari, mimo że zdajecie sobie sprawę, że zaraz odpadnie wam zawieszenie, a ktoś bezkarnie wyprzedza Was Citroenem albo Peugeotem. Szczyt. Szczyt chamstwa, szczyt prostactwa, szczyt złego wychowania. Szczyt. Szczyt każdy tylko nie ten giewontowy. I znowu: Gdzie jest ten cholerny krzyż?

Na Giewont najlepiej wybrać się kiedy nie ma ludzi i tu każdy przewodnik podaje prawdę, tylko oczywiście podaje błędną godzinę. Wiele przewodników chórkiem głosi, że na trasę trzeba ruszyć o świcie. Ale skoro każdy przewodnik podpowiada to samo, to wszystkie osoby, które przeczytają ów przewodnik, zrobią dokładnie to samo, czyli ruszą na Giewont o świcie, a to oznacza, że wszyscy spotkacie się na szczycie góry i będziecie ustawiać się w wesołych kilometrowych kolejkach trzymając transparenty z nazwami miast. Ja sugeruję pójść później, ok. 16. Dzięki temu będziecie wypluwać swoje płuca w spokoju, sami i bez żadnych świadków.

I w końcu, choć sama nie wiem jak to się stało, po kilku godzinach znalazłyśmy się na polanie tuż przed ostatnim odcinkiem szlaku. Byłyśmy zupełnie same. Nareszcie: jest krzyż!  Pamiętałam, że końcowa droga na Giewont prowadzi przez skały ostre jak brzytwy, a żeby na nie wejść, trzeba wspomagać się łańcuchami. Nie pamiętałam jednak, że to było aż takie trudne. Jak ja tutaj wlazłam będąc dzieckiem? Czyżby mnie wnieśli? Łańcuchy biegły dokładnie tam, gdzie wiedziałam, że na pewno nie wejdę. Mimo to, na szczycie Giewontu byłyśmy ok. 19. Jak to się stało? Tego też do tej pory nie wiem. Myślę, że jest to jedna z tych niewyjaśnionych zagadek z archiwum X. Dla pewności podkreślę jednak jeszcze raz, że to nie my narysowałyśmy to przeklęte słoneczko…

O krzyżu słów kilka…

Na koniec niech mi ktoś proszę wyjaśni jedną rzecz. Skoro Giewont to śpiący rycerz, który wstanie kiedy Polsce będzie działa się krzywda, to dlaczego jeszcze śpi do jasnej cholery?! Górale twierdzą również, że w jaskiniach Giewontu śpią rycerze Bolesława Śmiałego, którzy wyjdą i zaprowadzą porządek kiedy w Polsce będzie działo się źle. Cóż, skoro jeszcze tego nie zrobili, możemy być spokojni, wszystko jest super. Podejrzewam, że gdyby w tamtych czasach rycerzami mogły być kobiety i to one kiblowałyby teraz gdzieś w górach, wstałyby raz dwa i zrobiłyby co trzeba. Czarny Protest zamieniłby się w Drogę Krzyżową… dosłownie.

Dla mnie Giewont to niezwykła góra, mimo że narzekam na nią teraz i narzekałam podczas ostatniej wyprawy i pewnie zawsze już będę na nią narzekać. To była jednak pierwsza góra, którą zdobyłam. Byłam tam wtedy z rodzicami. Byłam tam z tatą, który teraz jest już o wiele wyżej, pewnie gdzieś ponad chmurami. W tym roku udało mi się wejść na szczyt drugi raz w życiu. I czułam się zupełnie sama. Symbolicznie sama na szczycie świata. Symbolicznego świata. A teraz Wy czytacie ten symboliczny przewodnik.

Dzięki!

Tatry 2016 video
(film kręcony był tosterem, bo nie stać mnie na mikrofalówkę)

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz